Nie ma to jak postawić system biurowy
Otrzymałem zadanie uruchomienia jednego z komputerów, jakie w domu posiadam, dla celów ustawienia go jako działającego w sklepie, należącym do mojego rodziciela. Ze względu na konieczność cięcia kosztów i legalności jednocześnie wybór padł na uruchomienie na tej maszynie jakiegoś systemu Linuksowego.
Kiedyś, dawno temu, na tym komputerze znalazł się Ubuntu Linux w archaicznej bądź co bądź wersji 5.04. Mając teraz trochę wolnego czasu ściągnąłem wersję 7.10 i próbowałem ją zainstalować. Niestety - userfriendly poszło do przodu tak bardzo, że we współczesnej wersji Ubuntu instalacja jest przeprowadzana z poziomu czegoś w rodzaju Live CD. I ów to system startujący z płyty postanowił, że nie wystartuje. Nie miałem zielonego pojęcia dlaczego - jedyne, co się pojawiało, to pewne komunikaty (exception Emask 0x0 SAct 0x0 SErr 0x0 action 0x2) dotyczące ata1.01, czyli mojego napędu CD-ROM.
I tyle ujrzałem. Krokiem drugim moim stało się porzucenie Ubuntu i skierowanie się w stronę PLD - jednak przyznaję, że mnie przerosło to zadanie. PLD dla celów desktopowych nie umiem postawić - wyszły mi pewne problemy przy konfiguracji Xorg, które zaaowocowały ostatecznie tym, że GDM powodował regularne zwisy serwera X-ów.
Skierowałem się w stronę Ubuntu po raz drugi. Tym razem, sięgając po Alternate Install CD z wersji 6.12 (tak ładnie się to nazywa Professional). Pierwsza próba była kolejnym udowodnieniem, że to co się sprawdza w niektórych przypadkach, to w innych nie działa. Oprócz faktu, że mój napęd CD-ROM zachowywał się bardzo, bardzo dziwnie, twierdząc że nośnika instalacyjnego nie ma, względnie całego napędu nie ma (choć może raczej: to Linux tak stwierdził), to do tego problemem stało się moje założenie, że 20 MB na partycję /boot jest wielkością wystarczającą. Nie, nie jest.
Jak się okazało - Ubuntu przy próbie aktualizacji (owej wersji 6.12) postanowiło sobie wgrać nowe jądro. Ale nie mogło mieć jednego jądra - po aktualizacji wyszło na to, że jąder jest na dysku pięć (generic, safe mode i coś takiego) i nie starczyło mu miejsca na partycji by wygenerować initrd. Więc restart spowodował piękny kernel panic...
Próba druga, po repartycjonowaniu, znana także jako próba aktualna. Wpadłem na pomysł, znacznie inteligentniejszy, by od razu po zainstalowaniu systemu od razu zmienić repozytoria na "gutsy" i zaktualizować przy minimalnej ilości pakietów. Kolejnym krokiem było ściągnięcie metapakietu (czy jak to się tam nazywa) ubuntu-desktop. Trwało to i trwało i trwało... a najwięcej wiecie co trwało? Nie, nie ściąganie z internetu. Aktualizacja dokumentacji przez scrollkeeper. Musiało trwać jakieś 40-50 minut. Szlag mnie trafiał. Ale wreszcie, około północy, otrzymałem działający system.
Problem jednak z Emask występuje nadal. Google ujawniło fakt, ze to błąd w kernelu jest. System jednak nie zamraża się na stałe, jak to uczynił Live CD, ale jedynie na jakieś dwie czy trzy minuty i kontynuuje start. Trzeba zobaczyć czy zaprezentowane w linku podanym wyżej rozwiązanie mu pomoże. W najgorszym wypadku zawsze mogę usunąć napęd CD, jako już niezbyt potrzebny ;-)
Dzisiaj rano system zlokalizowałem i zainstalowałem niezbędne w biurze pakiety, czyli OpenOffice. Do doszlifowania czeka kilka szczegółów - wspomniany problem ze startem, domyślny tryb 5 na starcie oraz dodanie nowego użytkownika.
I będzie działający, mam nadzieję.
A PLD na desktop to ja sobie dla siebie postawię, ale nie wiem kiedy. Jak mi się zechce któregoś dnia.
O ile wcześniej nie przejdę na produkty z nadgryzionym jabłkiem.
Żartowałem. Nawet jeżeli o tym myślę, o tyle jestem zbyt związany z platformą Windows na razie.
Zachciało mi się
Zachciało mi się zrobić coś dziwnego. Widać "Projekt sieci komputerowej" na której mam stawiać SNTP, NTP, i DNS nie jest wystarczający i dzisiaj sobie pomyślałem o skonfigurowaniu sieci w domu do IPv6.
Ale jednak przed godziną uznałem, że może zajmę się czymś bardziej konstruktywnym - postanowiłem uruchomić na serwerze serwer VPN, a dokładniej PPTP. Dlaczego ten protokół? To chyba oczywiste - bo klient jego jest wbudowany w Windows od dawna, także w Windows Mobile. Pobrałem to co trzeba, zainstalowałem, i po skonfigurowaniu w kliencie tunelu pojawił się problem, gdy ciągle po autoryzacji hasłem pojawiał się komunikat, że połączenie "failed". Dlaczego? To nie były złe hasła czy konfiguracja /etc/ppp/chap-secrets. Problemem okazało się, po zajrzeniu w logi, coś znacznie trudniejszego do załatania:
Nov 8 21:50:03 leia pppd[17778]: MPPE required, but kernel has no support.
I wychodzi na to, że jednak będę musiał zrekompilować kernel. Miałem to zrobić już jakiś czas temu, ale z jakiegoś powodu nie zrobiłem do dziś, a teraz się okazało, ze mam wybór - albo spatchować mój kernel dodając wsparcie tego MPPE (albo jakoś bawić się z modułami w sposób którego średnio rozumiem, bo nie dociekałem), albo skompilować nowszy niż 2.6.15, w którym to już wprowadzono.
Tak, szykuje się moja piąta chyba rekompilacja jądra Linuksa. Oby wyszła lepiej niż poprzednie... Ale to nie dziś, może w weekend...
Tak właśnie sobie zdałem sprawę, że nie muszę używać PPTP, bo support dla IPSec/L2TP jest także w Windows standardowo, więc może rozejrzę się za innymi rozwiązaniami.
Jaki...Microsoft?
Niezmiernie mnie zastanawia dlaczego na stronie JakiLinux.org wśród popularnych tagów najpopularniejszym jest Microsoft. Trochę tak chyba nie o tym wortal jest, nie? ;-)
Ortografia
Przed momentem z mojego pokoju dobiegł opętańczy śmiech. Instaluję sobie CentOS 4, a tam widzę komunikat:
Jakie usługi, jeśli wogóle jakieś, chcesz udostępnić?
Ot, widać, że to słowo sprawia wielki problem. Bo jego prawidłowa forma, "w ogóle", jest niestety coraz rzadziej spotykana, na rzecz właśnie "wogóle" oraz "wogule". Ale żeby w Linuksie niby "enterprise" taki kwiatek?
Ciekawe czy w wersji 5 systemu zostało to poprawione...
Zaskoczyło mnie
Dzisiaj, przy okazji komentowania wydania Debiana 4.0 mnie przypadkiem uświadomiono, że PLD 2.0 jest już stabilne - i zaskoczono.
Debian 4, PLD 2, STALKER. To pewnie i Duke Nukem Forever wkrótce :-)
Dziura w systemie?
Dziura w Windows Mail? Vista jest beznadziejnym dziurawym systemem!
Dziura w Linuksie? To nie jest dziura w Linuksie tylko w aplikacji XYZ
I to ludzie od Linuksa w tym przypadku mają rację. Nie ma czegoś takiego praktycznie jak dziura w systemie. Dziur w jądrze jest bardzo mało, największa liczba to dziury w usługach lub aplikacjach (a usługi to w gruncie rzeczy także aplikacje).
Dziura w RPC z 2003 nie była dziurą w Windows, a w usłudze RPC, błąd w IE czy Windows Mail nie jest błędem Windows, a błędem IE czy WM, tak samo błąd w GTK+ nie jest błędem w Linuksie, a w GTK+. Niestety niektórzy tego nie widzą.
A jak mi ktoś jeszcze powie, że Vista jest beznadziejna, bo do katalogu Documents And Settings nie ma dostępu to przepuszczam przez defragmentator i wieszam na tablicy partycji...
Dziura? Jak nie wiem co
Jedna z funkcji Windowsa mająca ułatwić inwalidom pracę z komputerem może być postrzegana jako zagrożenie bezpieczeństwa, tak przynajmniej twierdzi McAfee. Problem jest znany z Windows 2000 i Windows XP i wciąż nie został naprawiony w Windows Vista.
Windows Vista, tak jak jego poprzednicy, nie sprawdza jaki plik jest uruchamiany po próbie uruchomienia funkcji. Hacker mógłby go podmienić na swój własny. Przykładowo mógłby uruchomić wiersz polecenia, nawet będąc niezalogowanym i przejąć kontrolę nad maszyną.
Inna sprawa, że mając fizyczny dostęp do komputera to kto tam by się bawił w jakieś podmiany Klawiszy trwałych, skoro można zrobić więcej dużo wredniejszych rzeczy. Ale na Wykopie podsunięty został pomysł (komenda alias w bashu może zostać wykorzystana do niecnych celów!), który ja następnie rozwinąłem sobie w myślach.
Czy coś stoi na przeszkodzie, by napisać program, który ukrywał by się jako robiący coś pożytecznego (albo nawet robiący coś pożytecznego), jednak oprócz wykonywania jakiś zadań (fikcyjnych bądź nie) edytowałby przykładowo plik .bashrc dodając właśnie odpowiednio spreparowane polecenie alias. Przykładowo niech będzie to alias cd='rm -rf' żeby daleko nie szukać. Restart powłoki i załadowanie pliku powodowało by, że próba przejścia przez użytkownika do danego katalogu równoznaczna była z jego usunięciem, czyż nie? Po prostu koń trojański w czystej postaci.
A jak obecnie działają robaki w dużej większości? Wykorzystują naiwność użytkowników, którzy otwierają te załączniki z e-maila i uruchamiają je. Użytkownicy Linuksa są zwykle bardziej wyedukowani, ale czy przeciętny człowiek zauważyłby taką sprawę, że program oprócz tego, co robi, to robi jeszcze taki "dodatek"? Problemem przed jakim stanął by program jest to, że mimo wszystko nowi użytkownicy Linuksów są przyzwyczajani do instalacji oprogramowania z repozytoriów oficjalnych, gdzie raczej program nie robiący niczego nie ma racji bytu, ale gdyby jakiś niedobry haker włamał się i podmienił jakąś paczkę na własną? A jak wyglądała ostatnio sytuacja w WordPressie? Ktoś uzyskał dostęp do FTP i podmienił pliki na takie, które dodatkowo robiły coś niemiłego. A użytkownicy ściągali paczki i instalowali zakażone poprawki.
A już tak swoją drogą - czy jest jakaś możliwość obrony przed aplikacjami, które użytkownik sobie ściąga z Internetu i uruchamia, a one robią mu kuku? Jest. Ale jest to broń obosieczna - Trusted Computing i podpisywanie kodu. Absolutnie ograniczenie wolności jest doskonałym środkiem na walkę czy to z wirusami, czy z końmi trojańskimi w takiej postaci. Aczkolwiek mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł szerokiego użycia TC...
Atak o jakim powiedziałem, mimo iż trochę wydaje się głupi i naciągany, jest oczywiście możliwy. Ciekawy jestem czy jakiś ktoś za moment nie przyjdzie i powie, że to dziura w Linuksie (choć to nie bug, a feature basha) jest, znana od dawna, a nie załatana nadal ;-)
Do zapamiętania
bash standardowo sobie z liczbami zmiennoprzecinkowymi nie radzi, potrzeba mu bc. A potem działają już takie rzeczy jak przykładowo:
[ktos@avril ~]$ echo 20/19 | bc -l
1.05263157894736842105
Ataraid
W nawiązaniu do poprzedniego wpisu na temat serwera - dzisiaj kolejna próba uruchomienia RAID na tym naszym Linuksie zakończyła się znów niepowodzeniem. Ale teraz już mniej więcej wiemy czemu.
Otóż obsługa ataraid do spółki z naszym kontrolerem PDC20265 jest dostępna tylko w jądrach 2.4.x. W 2.6 się tego wyzbyli i się 2.6 jeszcze (sic!) nie dorobiło. Stąd też null, zero i raida nie ma, zostaje na razie tylko soft-raid, który średnio zadowala mnie, albo jądro 2.4. Do czego też nie jestem przekonany. Swoją drogą dziś była pierwsza moja, a druga Adama kompilacja jądra i ciut za dużo wwaliliśmy rzeczy, bo było ze 4-5 razy większe, od tego co ten system ma świeżo po instalacji. Tak, za duże było według lilo, nie ma to jak mikrokernel ;-)
A teraz pod koniec to nawet się z bliżej nieznanych powodów system nie może odwołać do /dev/hde, a do /dev/hdf nie ma problemu. Nie wiem czemu, nie mam zielonego pojęcia, głupie to jest jakieś.
Notabene okazuje się, ze ten nasz kontroler, który był jednym z ważnych czynników odpowiadających za tą płytę główną to on jest takim soft-hard-raidem. Znaczy sterowniki robią wiele rzeczy, a sterowniki są... do RedHata 7.2. Ciut stare. I tak się zdziwiłem że są, ale to inna sprawa. Spodziewałem się tylko czegoś do Windows i tyle, a tu producent nawet się postarał. A że nowszych nie ma, to ja przy dacie tamtych, chyba z 2002 roku, mogę zrozumieć. O tyle jednak braku ataraid w jądrze 2.6 nie rozumiem. Niepotrzebne? Wszyscy teraz na SATA RAID robią, czy jak? A może soft-raid i tyle?
Obawiam się, że znów mdadm -C /dev/hde1 /dev/hfd1 --raid-level=1 mnie czeka.
A ja myślałem, że najgorsze już za mną
Jak wspominałem, dorobiliśmy się prywatnego serwera. Jako, że Adam wyjechał do Poznania chyba pomóc bratu, to ja zostałem z maszyną sam na sam, próbując na niej zainstalować Linuksa. I wczoraj, po różnych dziwnych kombinacjach, PLD Ac osiągnęło pierwszy raz runlevel 3. O już tak nawiasem mam pytanie - jak nakazać programowi aby szukał swoich .so we wskazanym przeze mnie katalogu? Do $PATH się tego nie dodaje, to już wiem, a problem rozwiązałem innym sposobem, ale nadal jestem ciekawy.
Do rzeczy. Nasz serwer posiada układ obsługujący RAID na ATA, co było jednym z ważniejszych elementów które zadecydowały o tej płycie głównej (oprócz dwóch gniazd na S370 rzecz jasna). I trzeba ten RAID, a dokładniej mirroring, na nim uaktywnić. Na szczęście układ obsługujacy macierz jest popularny, w Internecie znalazłem odpowiednie howto... ale dotyczy ono jądra 2.2. A ja mam 2.6. Zadziała? Przekonamy się :-)
[root@leia ~]# lspci | grep RAID
00:0c.0 RAID bus controller: Promise Technology, Inc. PDC20265 (FastTrak100 Lite/Ultra100) (rev 02)
Jednak oprócz tego, że howto jest dla prehistorycznego RedHat 7.3 (znalazłem też wersję dla Mandrake 8.2 z jądrem 2.4.18, więc powinno być lepiej) to wymaga rekompilacji jądra. Czyli tego, co miałem zrobić kiedyś, a jak dotąd - nigdy tego nie robiłem. I tak, jeden z moich pierwszych kontaktów z Linuksem i już muszę bardzo lubianą przez wszystkich rzecz uprawiać, nie ma to jak prosty system. Wiem, sam się prosiłem ;-) Choć może lepiej zanim zacznę to poczekam, aż Dot wróci, on chociaż sie coś niecoś na tych systemach zna, a nie tak jak ja...
Wracając jednak o co chodziło z dziwnymi kombinacjami. Automagiczny instalator PLD (który notabene ma genialne teksty i bardzo go za to lubię ;-)) uparcie twierdził, że mój główny dysk to /dev/hde, choć jest do master podłączony. A przy starcie system wykrywał go jako /dev/hda i /dev/hde w ogóle nie istniało, co za tym idzie powodowało kernel panic. Wot, technika. Edycja lilo.conf i fstab spod ubuntu live i zadziałało. I naprawdę ja się dziwię sobie. Kiedyś to bym nie wiedział co zrobić, obecnie omijam różne dziwne zawiłości, wiem mniej więcej gdzie leżą pliki, które trzeba przeedytować... No i umiem omijać dziwne zachowania automagicznego instalatora wspomnianego PLD z MINI-ISO (dotyczące konfiguracji sieci).
Swoją drogą to te edycje plików konfiguracyjnych weszły mi na tyle w krew, że kiedyś zdarzyło mi się edytować konfigurację sterowników Bluetooth pod Windows aby zmusić odbiornik do działania. Zaczęło działać prawie poprawnie, wykrywało, ale nie umiało uruchomić. A powinno działać, na szczęście jednak nic nie uszkodziłem ;-)
Jak tak dalej pójdzie to chyba może kiedyś Jess ujrzy na swoim dysku Linuksa... O ile znajdę dla niego miejsce.
PS.
Now, build and install the kernel like you normally do (...)
Za takie coś to normalny użytkownik porzuciłby to czym prędzej w cholerę ;-)
Zdziwiłem się
Ktoś tam w komentarzach do poprzedniego wpisu mnie upomniał, ze o głupotach piszę, to teraz napiszę o czymś nie głupim, a zadziwiającym.
Dotychczas Linux był przez mnie postrzegany, jako system, który ma nowości i funkcje, których się w Windows nie uświadczy, a na odwrót to już trudno cokolwiek znaleźć. Bo tak na zdrowy rozsądek - jest coś, co Windows ma, a Linux nie? Nie, społeczność Open Source bardzo aktywnie wyposaża swojego ulubieńca w mnóstwo szczegółów, w wiele ulepszeń, które w Windows istnieją. Nawet ostatnio widziałem jakąś komecyjną dystrybucję, która mechanizm aktywacji miała ;-) Aż dziw, że specjalnej funkcji do wywyływania niebieskich ekranów śmierci nie zaimplementowano.
Jednak zajrzałem dziś na Bloglines po raz któryś i zobaczyłem, że coś nowego pojawiło się na blogu "Świat owoców", który wbrew nazwie jest o komputerach :-) Wykrywanie zmian jakieś. O co chodzi? Otóż GNOME w wersji 2.16 dorobiło się reakcji na mechanizm inotify. Czyli może reagować w czasie rzeczywistym na zmiany w systemie plików. Każde pliki zmienione, czy dodane, są od razu aktualizowane w oknach folderów. Chwila zastanowienia - to tak nie było?! Windows ma to od wieków. Jak autor wpisu twierdzi - dojrzałość osiągnęło w Windows 95. Dziesięć lat temu.
Naprawdę się zdziwiłem. To jest szczegół, na który rzadko zwracamy uwagę, ale jest czasami potrzebny. A mogło go nie być?! Niepojęte. Nadal nie mogę w to uwierzyć.
PS. Windows Vista RC2 jest dostępne. Ale muszę płytę DVD-R kupić, aby móc go wypalić...
Raport z pola walki #2
Prawie tak jak trzeba. Godzina zabawy z fdiskiem i mdadm przyniosła rezultat w postaci kilku restartów podczas których system przerywał bootowanie bo nie mógł podnieść macierzy. Tak to jest, jak się dokumentacji nie czyta ewentualnie zapomina o pewnym pliku konfiguracyjnym ;-) Ale już jest okej. Prawie, bo znowu zapominając o składni usermod usunąłem siebie z grupy wheel więc nie mogę zalogować się na roota, więc nie mogę nadać sobie uprawnień znowu... Trzeba będzie sudoerc przeedytować na taki wypadek aby pozwalało Ktosiowi na wszystko, nie tylko ludziom z grupy wheel.
Jak nie zmajstruję sobie kabla szeregowego coby nie przełączać w kółko monitora/klawiatury do serwera tylkokonsoli szeregpwej po jakiś kłopotach używać to się chyba załąmię.
No i zainstalować Apache nie mogę, bo poldek powiedział, że server pliku otworzyć nie umie. Dziwne. Pewnie jakieś ustawienia serwera trzeba zmienić.
Raport z pola walki #1
Jak niektórzy wiedzą, przenoszę system, który obecnie jest na Lucy, na nowy dysk. Jak dotąd po dwóch startach po których ujrzałem same dziewiędziesięcio-dziewiątki na ekranie, teraz system wystartował. A potem pokazał nasz ulubiony komunikat. Kernel spanikował i to chyba bardziej ode mnie. Znowu pewnie coś w lilo.conf pomieszałem. Więc znowu stary dysk pójdzie na mastera, ustawi się wszystko (teraz już mam nadzieję że tak jak trzeba) i może zastartuje.
Mam nadzieję też, że dane się przeniosły poprawnie, bo komu by się chciało sprawdzać ;-).
Z innej beczki: Jak się sprawdzi, to po jakiś testach (głównie: czy wytrzymam te wentylatory kolejne na okrągło) to jest wysoce prawdopodobne, że Lucy zostanie otwarte na świat. Oczywiście w małej skali. A co będzie na tym komputerze i pod jakim adresem będzie dostępne - o tym wkrótce ;-) Podpowiem tylko, że (sub)domena już jest.
Przepraszam za jakość zdjęcia. Coś się rozmazało.
No i już po wszystkim. Nowy dysk działa, jest znacznie ciszej (nic nie chrupie). Jeszce trochę zabawy będzie, ale już jest coraz bliżej celu.
PLD w przyszłości
Jak myślicie, jakiej dystybucji Linuksa używają podróżnicy w czasie? Tak, oczywiście jest nią PLD.
Zaznaczam, że jest to archiwum tej listy ;-)
What the fuck?!
Sobotni wieczór. Siadam do serwera, loguję się lokalnie (po podłączeniu klawiatury i monitora) bo mi czasem jest wygodniej coś w ten sposób robić niż przez SSH. Loguję się jako root i widzę "You have new mail". Mail ukazał nową wiadomość. Mdadm powiedział, że macierz RAID się rozsynchronizowała. Pomyślałem - wina padu napięcia, zaraz poprawimy. mdadm powiedziało, ze hdc1 jest removed, więc wykonuję:
[root@lucy ~]# mdadm -a /dev/md0 /dev/hdc1
mdadm: Cannot open /dev/hdc1: No such device or address
U? Co przepraszam? Patrzę na /etc/raidtab i jak wół tam stoi, że powinno być /dev/hdc1 i /dev/hdd1. No to czas na fdisk -l /dev/hdc. Jak to nie ma prawidłowej tablicy partycji?! O kur**!
W wyniku padu zasilania na /dev/hdc zniknęła mi tablica partycji. Dzięki Bogu to był jeden z dysków w macierzy RAID 1. Wydawało mi się, że wszystko będzie dobrze, bo stworzyłem na nowo partycję i zsynchronizowałem macierz. Poszedłem spać. Dzisiaj rano siadam, uruchamiam SSH, loguję się i patrzę, że znowu tego /dev/hdc1 nie ma, przynajmniej mdadm -D /dev/md0 tak powiedziało. Zatem:
[ktos@lucy ~]# fdisk -l /dev/hdc
[ktos@lucy ~]#
WTF?! Gdzie mój dysk? Zero komunikatów?
Za chwilę serwer zrobi na jakiś czas off-line, a ja się pobawię i zobaczę co z moim dyskiem jest nie tak... Bo jak mi padł dysk fizycznie to to nie będzie to miłe, bo wtedy znowu wydatek będzie, choć przez jakiś czas po prostu bez macierzy będzie Lucy. Chyba backup tego, co na serwerze jest, trzeba zrobić.
Wreszcie
Wreszcie, po całkiem długim czasie (głównie bezczynności) Lucy stała się działającym i poprawnie skonfigurowanym serwerem CVS. Jeszcze wypadałoby jej subdomenę jakąś przypisać. No i gdyby tak szybsza była...
Rany, piszę o komputerze w formie żeńskiej... Nieważne. Niemniej jednak jestem z siebie dumny. Zainstalowałem PLD Linux, skonfigurowałem jak trzeba i nawet działa. Bez proszenia o pomoc, wszystko dzięki co najwyżej Google. Pomyśleć, że niektórzy to by się pewnie z 5 razy na forum jakimś zapytali dlaczego jest tak, a nie inaczej i co zrobić aby było tak jak trzeba.
Za wcześnie powiedziałem. Teraz się właśnie coś spieprzyło.
Dwa światy, jeden katalog, różne odczucia

Nie no, nie ma. No przecież go za cholerę nie widać. Pytanie tylko czy to TortoiseCVS jest ślepy czy ja coś źle skonfigurowałem server CVS :/
Bardzo śmieszne.
Oni są dookoła
Otaczają mnie. Zbliżają się coraz bardziej. Niepostrzeżenie przemykają się do mojego świata, próbując naruszyć jego wewnętrzną harmonię.
Ich macki sięgają dookoła, czuję ich oddech na plecach, widzę, jak przekradają się pod moim domem.
Linuksowcy.
:-) A na serio to chodzi o to, że poszedłem do pewnego sklepu w celu zakupienia płyt CD-R (a wróciłem i z nimi i z książką przy okazji, ale nieważne) i wchodząc do tego przybytku konsumpcji, dumnie nosząc koszulkę z niebieskim ekranem śmierci, minął mnie gość z koszulką "Debian". No normalnie wszędzie już te Linuksy próbują mnie dopaść ;-)
Wy terroryści!
![Żart fajny, nie ma co :-) 8 out of 10 terrorists is using Linux operating system - [joke]](http://fun.drno.de/pics/linuxisevil.gif)
GIF jest animowany, Radzę poczekać, może niektórzy dowiedzą się czegoś o tym świetnym systemie ;-)
Ktosiowi gratulujemy intelektu
Dzisiaj mózg podpowiedział w pewnym momencie "masz wolną partycję, to zrób PLD swapa, bo nie ma". A potem mózg odwołał się do pamięci pobierając stamtąd dane, że partycją na to przeznaczoną jest /dev/hda2.
Dalej ciało wystukało na klawiaturze polecenie:
makeswap /dev/hda2
Po czym nieopatrznie nacisnęło Enter, zanim mózg zdążył zareagować z komunikatem "e, czekaj, /dev/hda2 to jest /, a tobie chodzi o /dev/hda4". I tak pozbyłem się głównej partycji.
Pogratulować intelektu. Jak można było nie sprawdzić czy to ta partycja o którą chodzi?
Chrome.pl nie działa. A ja po raz kolejny siadam do PLD. I tym razem ustawię swapa tak jak być powinien... Jak tylko odbuduję partycję / ;-)
Łubudubu
Zainstalowałem Łubudubu. Ubuntu znaczy. Ubuntu to jak wiadomo staroafrykańskie słowo oznaczające "Nie umiem skonfigurować Debiana" ;-). To mój trzeci Linux. I pierwszy który ma jakieś szanse zostać tutaj dłużej - a może nawet na zawsze. Na razie nie jest tak źle, czeka mnie duuży update (prawie 500 MB), zainstalowanie troszku niezbędnego oprogramowania, skonfigurowanie tego do moich potrzeb.
Jestem jedynie pełen podziwu dla projektantów UI instalatora, który w pewnym momencie domyślnie podświetla opcję "Wyczyść dysk i automatycznie partycjonuj" (czy jakoś tak). Bardzo nie-destrukcyjna opcja jako domyślna, prawda?
Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Dlaczego to wygląda tak dziwnie? Jakieś czcionki nie teges, jakoś tak niewyraźnie. A może spać mi się chce i gorzej widzę? :-)
Dobra, dyski FAT32 zamontować muszę. Bo MP3 trzeba do odtwarzacza wgrać. A teraz właśnie w telewizorze obok leci reklama Microsoftu :-)
Teraz Linuksiarze mnie pobiją ;-)
Choć oczywiście mam nadzieję, że nie. Bo zrobiłem coś tak strasznego... teraz nie mogę już zaprosić żadnego Linuksiarza do używania mojego komputera... Tak... Kupiłem mysz Microsoftu :-)
Bezprzewodowy manipulator diodowo-stołowy o pięknej nazwie "Standard Wireless Optical Mouse", kosztujący tyle co klawaitura (129,- PLN) zastąpił wysłużoną mysz marki LongTech, która miała już swoich kilka latek i która już po prostu była a) podniszczona i b) niepasująca do klawiatury (bo zielona). A że myszka z ogonkiem mnie bardzo denerwowała, to zakupiłem bezprzewodową.
A że Microsoftu... Podobno myszy i klawiatury robią dobre ;-) A ja zbytnio się nie martwię tą marką - ważne że jakiegoś rozsądnego producenta, a Microsoft mi nie przeszkadza.
Jednocześnie okazało się, że mam poważny problem. Brakuje wolnych portów USB w komputerze. Normalnie chyba rozgałęźnik będę musiał kupić, bo do przednich dwóch gniazd nic poza MP3 i aparatem nie opłaca się podłączać... Ale jaja. A kiedyś miałem jedno urządzenia USB - aparat. A teraz? Mysz, klawiatura (ale podłączona na PS/2 jest :-)), drukarka, Bluetooth, odtwarzacz MP3. I drugi aparat, który ma własny typ kabla, a nie normalne MiniUSB (ech, a producent porządny...) A że mam zamiar dokupić skaner na USB, to gniazd wolnych zabraknie...
Drodzy państwo, czas nadszedł. Ubuntu.
Tak. Nadejszła wiekopomna chwila. Zainstaluję (być może) ten ta wychwalany przez was wielu system Linux. Ubuntu oczywiście, bo jest pod ręką. Ale zanim to zrobię to mam kilka pytań (które zadam tutaj ze względu na zagęszczenie użytkowników Linuksa i fakt, że na forum ubuntu.pl jest wymagana rejestracja).
Po pierwsze, primo. Czy ten system może trzymać swój bootloader na dyskietce? Z pewnych względów taki sposób startu systemu chciałbym na razie zachować.
I po drugie primo. Ile to wymaga miejsca? Mam do rozparcelowania około 4 GB, wystarczy? Obecnie piękny dysk logiczny świeżo zniszczonego BeOS-a (małe problemy - ale może jeszcze wstanie - zaraz będę próbował) ;)
Ktoś odpowie?

