Jesienne Ognie

Przyznam, że chodziłem obok tej książki ze trzy albo i cztery razy przez dwa miesiące, podczytując fragmenty. Cały czas nie mogłem się zdecydować czy warta zakupu. Ale warto.
Co w środku? Świat w chaosie (i pokręcony). Główna bohaterka, sama niekoniecznie wiedząc czym jest tak właściwie, ścigana, rusza na ratunek światu współpracując ze swoim wrogiem. Do spółki z ekipą - jakże by inaczej.
Fantasy, magia, miecze, stal, srebro, potwory, istoty magiczne (ekhem - feyry). Kłopoty z pamięcią, zagrożenie, uczucie i takie tam. Normalka. Może nawet zbyt sztampowe?
Obrzuciłam wzrokiem naszą ekipę. Zaświtało mi w pamięci, że w poprzednim świecie każdy autor fantasy uważał za swój zawodowy obowiązek napisać coś o ekipie ratującej świat. No cóż, wygląda na to, że nie jesteśmy oryginalni, banał zupełny.
Niekoniecznie. Historia osadzona w przestrzeni Rusi, świetny styl, autoironia, humor tam gdzie trzeba. Pojawiające się tu i ówdzie słowa rosyjskich piosenek. Ciekawa bohaterka, nieźle rozwinięta intryga. Jednak poziom nierówny - zakończenie w ogóle mi nie przypadło do gustu. W zasadzie mam wrażenie, że pojawiły się pod koniec wątki dodane zupełnie na siłę. Ogólnie jednak jestem naprawdę zadowolony - nie tylko z uwagi na słabość do niektórych typów głównych bohaterek.
Nawet takich z czułkami na głowie.
- Straciwszy nadzieję na odnalezienie ciebie, wystawiliśmy c pomnik. Nie widziałaś? Dostałaś akurat pokój z widokiem na obelisk.
- Ta baba z mieczem, skrzydłami i wyciągniętą ręką? To mam być ja?!
Jeszcze raz okazuje się, że współczesna rosyjska fantastyka jest na naprawdę dobrym poziomie - nie ma się co odwracać ku Zachodowi, także i u naszych wschodnich sąsiadów jest dużo dobrych dzieł. I autorów. I autorek. A lubelska (czuję się dumny) "Fabryka Słów" pokazuje, że chyba staje się silnym graczem - wydanie niczego sobie, brak problemów w tłumaczeniu, ładne wydanie, interesujący obrazek na okładce. Choć przy czterech Johnach Gearych jedna kobieta na mojej półce dziwnie wygląda ;-)
Pożółkłam. Trudno, żebym czerwieniała, mając złotą krew.
Nawiasem tłumaczył Michał Górny. Myślicie, że to ten mgorny? ;-)
Waleria Komarowa, "Jesienne Ognie", Lublin, Fabryka Słów, 2009. Tytuł oryginału: Осенние костры
Star Eragon
Utwory fantasy mają do siebie to, że bardzo często powtarzają znane wątki, co najwyżej osadzając je w różnych realiach. Ale jeżeli się da przyjrzeć, to podobieństwa mogą być bardzo głębokie. Gdzieniegdzie są bardzo zauważalne, jak np. w "Eragonie" w porównaniu do "Gwiezdnych Wojen". Myślicie, że bujam? Gdzie pseudo-sf (a w rzeczywistości "space opera" lub "space fantasy") ma się do twardego fantastycznego świata ze smokiem?
Uwaga: w dalszej części znajdują się szczegóły fabuły "Eragona", "Gwiezdnych Wojen", "Władcy Pierścieni" i kilku innych dzieł.
Do rzeczy. Wziąłem na warsztat "Eragona", bo tam te podobieństwa najbardziej mnie uderzyły. Ale będę nawiązywał momentami do innych utworów.
"Eragon" zaczyna się gdy poznajemy młodego chłopca, Eragona, żyjącego na farmie pośród gór i lasów, u wuja. W jego krainie rządzi zły Galbatorix, wymuszający posłuch tyranią, armią i czym tam jeszcze mają w zwyczaju wymuszać posłuch Źli Lordowie.
Jest i inny młody chłopiec, Luke, żyjący na farmie (aczkolwiek hydroponicznej), w niegościnnej pustyni, u wuja. Na jego planecie, jak i kilkudziesięciu innych rządzi zły Imperator. Chłopiec przypadkiem kupuje robota (a nawet dwa) i równie przypadkiem widzi holograficzny obrazek pięknej księżniczki. Z kolei młody Eragon robota co prawda nie znajduje, ale znajduje niebieski kamień, z którego wykluwa się smok. Holograficznego obrazka księżniczki nie widzi, ale widzi ją później, w snach.
Dalej na scenę wkracza kolejna istotna dla nas postać, mędrzec, stary, uważany za dziwaka, pamiętający stare czasy gdy sprawiedliwość była na świecie. Koniecznie brodaty, brodatość jest atrybutem mędrcowi absolutnie niezbędnym, wystarczy wspomnieć zarówno Obi-Wana, Broma, jak i choćby Gandalfa. On staje się dla głównego bohatera mentorem, uczącym go sztuk magicznych, walki i czego tam jeszcze. Tymczasem na stronie młodego bohatera staje problem - jego wuj, jego dom, jego rodzina, ostatnie co go trzymało w wiosce, zostaje zniszczone przez sługusów Złego Lorda. Bądź są to szturmowcy w białych zbrojach, bądź Ra'Zacowie, domostwo zostaje zniszczone i Eragon, Luke czy ktokolwiek inny nie ma nic innego do roboty, tylko wyrusza na wyprawę, wraz z mentorem oczywiście. W celu zemsty, odnalezienia księżniczki, zdobycia połowy królestwa i tak dalej.
Quest, wyprawa z przygodami, zabieg literacki znany od czasów eposu o Gilgameszu, mający na celu ukazanie naszych bohaterów na zmieniającym się tle. Podstawa wielu książek, gier, filmów. W trakcie wyprawy nasz młody bohater poznaje swoje dziedzictwo - dowiaduje się, że przeznaczenie go wybrało i na ogół dostaje miecz. Miecz jest dla fantastycznego bohatera kolejnym ważnym atrybutem. Często zdarza się, że błyszczy, lata lub świeci. Czasem jest to "laserowy miecz twego ojca", zawsze jednak jest niezmiernie ważny, potężny i jest symbolem. Młodzież uczy się szermierki, magii i innych niezbędnych rzeczy, gdy nagle przychodzą problemy. Ciężko ranny mentor umiera, zostawiając bohatera samego. Wówczas pojawia się kolejny osobnik, zaprzyjaźniający się z głównym bohaterem, skrywający na przykład swoją własną mroczną tajemnicę, bądź ratujący sytuację humorem, opanowaniem i brakiem wiary w zjawiska nadprzyrodzone. Bo jak wiadomo, łatwiej i lepiej zaufać własnemu blasterowi i krzepkiemu ramieniu.
Ta dwójka jednak, przy pomocy robotów i smoków, ratuje jednak księżniczkę i siebie z opresji. Dalszym celem wyprawy jest odnalezienie Rebeliantów. Rebelia walczy ze Złym Lordem, ten jednak odnalazł ich kryjówkę i zechciał zniszczyć doszczętnie. Wielka armia, superbroń, maszyny kroczące, chodzące drzewa, czy zmutowane orki atakują ostatni bastion wolności. Oczywiście główny bohater wspomaga siły Dobra w walce, dokonując jakiegoś heroicznego czynu, jak zabicie jakiegoś potężnego sługusa Zła albo wystrzelenie odpowiednich torped w odpowiednie miejsce. W czym pomaga mu jego nowy przyjaciel, który ratuje mu tyłek w szczytowym momencie. Rebelia odnosi pierwsze, propagandowe zwycięstwo, cieszy się i wszyscy żyją szczęśliwie do następnego tomu.
Co potem? Potem już jest różnie. Albo Zły Lord okazuje się być ojcem któregoś z głównych bohaterów, albo miłość głównego bohatera go odrzuca z jakiś powodów (ewentualnie ten traci zainteresowanie), w każdym razie zaczyna się wojna domowa, w której siły Rebelii mają atut w postaci głównego bohatera.
Ten jednak - z uwagi na śmierć mentora - ma problemy i znajduje drugiego mentora. Drugi, pokonany, udał się na wygnanie, i czeka tylko na śmiałka, który do niego przyjdzie i którego będzie mógł wyszkolić. Mówienie od tyłu nie jest wymagane.
Dodatkowe uwagi: przydatne jest poszukiwanie Niesłychanie Magicznego Przedmiotu, który może pomóc w zniszczeniu Złego Lorda. Względnie ów przedmiot należy zniszczyć gdzieś w sercu mrocznego imperium.
Życie u wuja: zwracam uwagę, że nawet Frodo dostaje Magiczny Przedmiot od swojego wuja. Zbieg okoliczności? Ogólnie bycie sierotą/półsierotą jest jakoś powszechne, ale takie są realia wielu światów fantastycznych.
Miecze: miecz to integralna część herosa, często znany równie jak on sam. Excalibur, Durendal, Anduril/Narsil, Zar'roc i wreszcie Brisingr. Błyszczenie miecza, względnie jego świecenie, jest często się powtarzającym wątkiem. Miecz świetlny świeci z zasady, Brisingr świeci gdy Eragon wypowie jego imię, sztylecik Bilba i Froda świeci gdy w pobliżu są jego wrogowie.
Księżniczka: mimo iż w pierwszych rozdziałach Eragona jeszcze o tym nie wiemy, dowiadujemy się później, że Arya pochodzi z królewskiego rodu. Leia, Arwena... ale możemy i sięgnąć do dalszych historii i wspomnieć choćby Andromedę.
Mentor: Gandalf wzorem dla Broma? Możliwe, ale sam był i tak wzorowany na Merlinie (który to notabene też wzorowany był, ale to już długa historia).
Starożytny zakon: Jedi, Smoczy Jeźdźcy, zniszczeni przez zdradę jednego z nich, przy życiu pozostało tylko kilku którzy muszą wyszkolić nowego obrońcę Dobra.
Oczywiście nie jestem pierwszy, który zwrócił uwagę na schemat i powtarzalność, tutaj też zapewne nieświadomie wzorowałem się na jednym z rozdziałów "Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini" Andrzeja Sapkowskiego, który to polecam wszystkim pragnącym zgłębić wiedzę o literaturze fantasy.
Sztuka pisania oprogramowania. Wybór i redakcja Joel Spolsky.
Książka o takim tytule, wydana na początku zeszłego roku, wpadła w moje ręce przypadkiem. Przypadek ten polegał na tym, że wybierając książki do kupienia - bo skoro już kupuję książki informatyczne to lepiej kilka naraz niż jedną, natknąłem się na nią szukając innej książki - autorstwa samego pana Spolsky1.
“Sztuka pisania oprogramowania” to zbiór 29 esejów, wybranych i zapewne lubianych przez redaktora wybierającego, autorstwa kilkunastu autorów, wśród których są tak znane w świecie programistycznym osobistości jak Bruce Eckel czy Ron Jeffries, oraz garść mniej znanych - ale są to programiści, konsultanci, bloggerzy. Zresztą książka jest zbiorem tekstów, które już wcześniej ukazały się w Internecie - tutaj jednak są one w formie papierowej (to jest ważne, tak!), przetłumaczone i zebrane razem.
Czyta się przyjemnie - choć niektóre teksty są w mojej opinii okropne, to inne - nawet krótkie - wstawki są niekiedy naprawdę wciągająco napisane i świetnie opowiadają o niektórych elementach pracy programisty w wielkiej (lub mniejszej) korporacji. A moją ostatnią metodą na śmiech jest spojrzenie na Rozdział 2, i krótkie przedstawienie najgłupszego interfejsu użytkownika w historii, czyli psa szukającego w Windows XP i porównanie z Google (#).
Z jednej strony są żartobliwe wstawki, jak ta wyżej. Z drugiej - dyskusja o statycznej kontroli typów czy języku Processing. O pisaniu Worda dla Maków, ale i o tym jak wygląda praca Starbucks w oku programisty. A nawet “czego nas nauczyły flamewars” oraz “jak Microsoft przegrał wojnę o API”.
Możecie się śmiać, że na randce będziecie rozmawiać o tym, że oto jedno ostatnio przeczytało powieść Moniki Szwai “klub mało używanych dziewic”, a drugie - czyta eseje o programowaniu. Nie ma się z czego śmiać, świetna lektura i polecam - nawet dla odprężenia, ale i przemyśleń o paru sprawach. W końcu dlaczego informatycy mają czytać tylko takie opasłe tomiska jak “Introducing Windows Server 2008″ czy “Applications = Code + Markup”? Kawałek nieco luźniejszego tekstu, związanego z branżą, nie jest niczym złym, wręcz przeciwnie.
Zasłużona piątka w mojej opinii. Aż żal mi znów oceniać kolejną książkę tak wysoko.
[1] - na jednym z wykładów z przedmiotu “Inżynieria oprogramowania” została postawiona teza, iż dziadek tego pana wyemigrował do USA i tam został zapytany “Who are you?”, na co odpowiedział “Z Polski” i tak już zostało ;-)
Kopia z "Notatek".
Zarządzanie czasem. Strategie dla administratorów systemów.
Na ślad tej książki, bo jakże by gdzieś indziej, trafiłem na Joggerze. Nie wiem dokładnie gdzie, ale chyba na tym blogu. Ale widzę i Piotr Hosowicz i o niej pisał jakiś czas temu.
Zapytacie dlaczego niby czytam tą książkę, jak zarządzanie czasem, a tym bardziej z pozycji sysadmina, którym nie jestem, jest mi tematem obcym i raczej wydaje się póki co nieinteresującym? Nie wiem, odpowiem szczerze. Jakoś mnie zainteresowała, po przeczytaniu rozdziału przykładowego. I w sumie pomyślałem sobie, że sprawne zarządzanie czasem może mi się przydać (bo nie umiem tego), a normalne strategie... nie są tak zintegrowane z cyfrową rzeczywistością, jak ja. I trafiłem.
Książka jest niezbyt gruba, niezbyt droga (30 PLN kosztuje, ja kupiłem nawet grosz taniej i to nie przez Internet), napisana zgodnie z zasadą maksimum treści. Ilustrowana komiksami UserFriendly (notabene w nagłówku każdego z nich jest napisane: "Iliad, 'Przyjazny dla użytkownika', tłumacz się trochę zapędził). Dużo wypunktowywania najważniejszych rzeczy, krótkie podrozdziały.
Czym się tak w gruncie rzeczy różni ta pozycja od "normalnej" książki o zarządzaniu czasem? No, przede wszystkim wydawnictwem "oh, really?" i znaczkiem zwierzęcia na okładce ;-) A do tego pamięta o specyfice pracy administratora, o narzędziach jakimi ci dysponują, a zwykli śmiertelnicy w zwykłej pracy rzadko mają możliwość skorzystania (książka opisuje małe podstawy zastosowania Makefile do automatyzacji pewnych operacji związanych z Postfiksem na przykład), wspomina o odpowiednim oprogramowaniu i nawet - co zaskakujące - że nie wolno zapominać o życiu prywatnym, nawet jeżeli hobby i praca bardzo się ze sobą łączą.
Warto, jeżeli sądzisz, że potrzebujesz.
Tam będą smoki
Czy wyobrażacie sobie co by się stało, gdyby nagle wysiadło wszystko, co jest związane z naszą wszechobecną elektroniką? Już w obecnym stanie nasz świat jest od nich tak uzależniony, a co będzie w przyszłości? I przeczytałem książkę w której to się nagle dzieje.
Mamy 41 wiek (czy coś koło tego), Ziemię kontroluje wszechmogąca Sztuczna Inteligencja, manipulacje genetyczne, przemiany w istoty inne trochę niż ludzie (delfiny, elfy i takie tam), ludzie żyją (po 400 lat...) nie robiąc prawie nic... oprócz zabawy (pracować? nie trzeba!), Ziemia wraca do stanu sprzed naszej ulubionej cywilizacji, jesteśmy po wielu wojnach i jest raj na Ziemi. Ale jest problem. Bo rada, która obecnie stanowi rząd planety ulega podziałowi, jako, że jeden z jej członków zauważa problem, który może doprowadzić utopię do końca. Ludzi zostało w okolicach miliarda, a jak w każdym rozwiniętym społeczeństwie dzieci rodzi się coraz mniej. Co ma w długofalowych skutkach że gatunek przestanie istnieć. Dochodzi do konfliktów wewnętrznych w Radzie i w gruncie rzeczy do wojny.
I nagle, gdy globalna Sieć przestaje dawać ludziom energię, przedmioty, teleportację jedyną nadzieją na przetrwanie jest grupka ludzi, którzy uczyli się, w ramach hobby, jak żyć w epoce preindustrialnej, i w jaki sposób można zdobywać żywność i tym podobne. I zorganizować obronę. I tak powstają zaczątki nowej, obiecującej nieco bardziej cywilizacji.
Z drugiej strony dokładnie nie są wyjaśnione takie rzeczy jak pochodzenie elfów (zapewne genetycznie zmodyfikowani ludzie), są odniesienia do innych niewyjaśnionych rzeczy (jak na mój gust, może to zamysł autora... a może prequel o którym nie wiem?).
444 strony, niezła akcja, niezła (przewidywalna niestety od pewnego momentu) fabuła. Kolejna książka z mojej "półeczki" po którą nie sięgałem (sądząc, że jest to fantasy, a okazało się być... powieścią przygodową z elementami s-f i fantasy), co było błędem. Nie mogę jednak zrozumieć dlaczego nosi taki tytuł (smoków niet!).
John Ringo, "Tam będą smoki" ("There will be dragons"). Zasłużone 4 w skali szkolnej.
Książek dość!
...dostałem jako prezentów ;-)
Mam co czytać. Ale z takim tempem czytania... wczoraj dostałem "Lux perpetua", ostatnią część trylogii Sapkowskiego, po paru dobrych godzinach, dziś wieczorem, historia zakończona została.
Przyznaję się, ja, stary chłop, zapłakałem nad losem Reinmara i Jutty i Samsona, gdy [trach! (dysk twardy po łbie poleciał) Co im będziesz fabułę zdradzał, niedobry ty, chamie ty! Jak zdradzisz to skończysz jak Samson... ups, chyba się wygadałam...], no, mniejsza o to. W każdym razie dostałem też Jakuba Wędrowycza pióra Pilipiuka w najnowszej odsłonie i jeszcze coś, czego tytułu w tym momencie nie wspomnę, ale także fantastyczno-jakieś. Przed sesją muszę się wyrobić z przeczytaniem. Hmm, moja umiejętność szybkiego czytania znów się okazuje przydatna i nieprzydatna jednocześnie.
Tym niemniej jednak muszę jeszcze raz przejrzeć tą całą trylogię w poszukiwaniu jakiś cytatów, tekstów łacińskich i innych obcych, coby nimi potem móc rzucać tu i ówdzie.
PS. Przepraszam, mój komputer próbowała mnie ukarać za wyjawianie fabuły, ale sama język ma za długi widać ;-)
Ksionżki
Nie, nie mam dysleksji. To tak przewrotnie napisane ;-)
Nie ma to jak pójść na pocztę, zobaczyć, że nie ma kolejki, sięgnąć po awizo i pieniądze i zorientować się, zę ich się nie ma. Ech, musiałem się do domu wrócić. A jak wróciłem na pocztę to już kolejka była.
Ale pomimo tej przeciwności losu zamawiane przez Internet kolejne ksiązki są u mnie w domu. A zwłaszcza najważniejsza jest z nich Nie każ mi myśleć! O życiowym podejściu do funkcjonalności stron internetowych. Wydanie II.
Dobrze, że analiza była dzisiaj, to mogę spokojnie poczytać, bez obawy że zawalę jakąś kartkówkę czy coś (tą co była dzisiaj zawaliłem ;-)).
A tak przy okazji.... Miłe panie zaglądające tu (nie wiem czy jakieś są) - "pozdrawiamy kobiety pracujące dla rozwoju IV RP" ;-) A na bardziej serio to mogę zaoferować tylko wirtualny kwiatek postaci @->-- (którego prosimy nie wkładać razem z monitorem do wody - nie zwiędnie) :-)
Lektura
Ten wpis miał być wysłany wczoraj, po przeczytaniu tekstu Riddle'a do którego się odnoszę, ale nie wyszło. Internet nie działał.
O czytaniu. Chyba była taka książka... a nie, przypomniałem sobie, to był tekst Szymborskiej. Wklejałem go na pewną stronę internetową. Riddle pisze o zjawisku nieczytania. A ja, jedząc kolację, ładując jednocześnie kilka stron internetowych i przeglądając Newsweeka natknąłem się na artykuł "Leczenie powieścią. I chciałem skomentować to co napisał, ale że nie mogę - to napiszę tutaj. O czytaniu. Po pierwsze cytat z Newsweeka:
Lekarze wypisują swoim pacjentom recepty na... ksiązki. Okazuje się, że czytanie bywa nie mniej skuteczne niż zażywanie farmaceutyków
czyli czytanie jest zdrowe. A po drugie... gdy swego czasu pisałem o "cyfrowym pokoleniu", SkyAce w swoim komentarzu zawarł takie zdanie:
Po drugie, i tu też trochę generalizuję, tzw. dzisiejsza młodzież książek nie czyta prawie w ogóle.
Potwierdziłem to wielokrotnie za pomocą przeróżnych ankiet własnoręcznie na tejże młodzieży przeprowadzanych. I o ile nie jest to do końca wiarygodne - bo w końcu ankiety były internetowe, to jednak coś niecoś mówi. A mówi, że większość czyta od 1 do 5 miesięcznie. Tragedia…
Tak więc, nic dziwnego, że potem blogi takowych nastolatków i ogólnie internet pełne są błędów, zamerykanizowanej pisowni i bzdur.
Ale, o czym ja właściwie piszę, już dawno zorientowałem się, że jestem chyba z jakiejś zupełnie innej bajki - ze swoim blogiem niepodobnym do większości, czytaniem kilkunastu albo więcej książek miesięcznie, trzymaniem się zasad ortografii i różnymi takimi.
I jak zwykle dochodzimy do generalizowania. To prawda, przyznaję, że duża część z nas nie czyta. Lub czyta mało. Także ja sam. Ale im młodsi, tym gorzej. Dlaczego? Czy dlatego, że pokolenie wychowane na TV i grach nie potrafi skupić się na kartce papieru z czarnymi znaczkami bez śladu interaktywności? Piotrek napisał: "Gdy czarne literki oszałamiają i powodują nudności dajemy spokój. Bo po co się męczyć, jeśli w innych miejscach jest tyle innych interaktywnych i multimedialnych treści.". To może być racja.
Brak czasu jest popularną wymówką. Sam mam często dosyć po ciężkim dniu nauki, siadam przed komputerem, ale mimo wszystko - czytam. Czytam to, co choćby napisano na blogach, czytam artykuły w gazecie, czytam felietony... Ale to się nudzi. Poza tym, czytanie z elektronicznego papieru ma jeszcze jedną wadę, która długo nie zniknie - nie mogę się połozyć na łóżku i czytać... Nie mogę czytać i napawać się lekturą, w spokoju, po cichu przewracając kartki. Świecący ekran monitora mnie rozprasza. Leżąc, przy włączonej tylko lampce, potrafię się zrelaksować. Czytając tradycyjną ksiażkę.
W moim przypadku wymówka jest inna. Ja nie mam co czytać. Za rzadko kupuję nowe ksiązki, a niestety (tak, niestety!) czytam bardzo szybko. Szybkie czytanie to jest przekleństwo! Straszne przekleństwo... Zamiast móc odpocząć przy lekturze kilka godzin, ja potrafię ją przeczytać w godzinę. I ksiązki połykam, a potem - szybko - nie mam co czytać.
Nie wiem, czy powinienem pisać coś jeszcze, skoro i tak nikt tego nie przeczyta... No, bo skoro czytelnictwo zanika ;)
Komputery i książki
Aby wykluczyć konflikty programowe (znaczy czegoś w systemie oraz sterownika karty graficznej) zainstalowałem BeOS i znów piszę spod niego. I tak ostatnio wszystko robię w przeglądarce internetowej, to mi tak bardzo to nie przeszkadza - Firefox "Deer Park Alpha 2" tak samo się zachowuje tutaj oraz pod Windows.
Przed momentem w końcu poradziłem sobie z uruchomieniem polskiej klawiatury (nie było to trudne), klient Jabbera działa - jest nieźle.
A jeżeli się okaże, że moje problemy komputerowe to wina konfliktu w systemi to spróbujemy się postarać znaleźć co z czym się gryzie. Mam niewielkie podejrzenia co do pewnej DLL, ale zobaczymy...
Swoją drogą, to wczoraj wieczorem przyszła paczka z Merlina, zawierająca m.in. wspominany przeze mnie drugi tom "Eragona". Pochłonąłęm go w ciągu kilku godzin wczoraj w nocy i dzisiaj przed południem. I jestem nasycony na czas dłuższy książkami fantasy :)
No to teraz tylko trzeba przenieść rozszerzenia i zakładki z Fx pod Windows i będę mógł żyć i pod tym systemem. No, może jeszcze sobei zaraz system troszeczkę do moich potrzeb przygotuję :) A, i trzeba zobaczyć jak AbiWord sobie będzie radził z moimi plikami Worda...
Najstarszy
"Najstarszy" się ukazał.
Jest tom drugi trylogii "Dziedzictwo", czyli sequel słynnego "Eragona". 32 PLN. Już zbieram pieniądze.
"Eragon" bardzo mi się podobał.
Podsumowanie
Sparrow opublikował screeny z Jogger2. Fajnie. Jeszcze żeby się dowiedzieć czy będą te opcje o które się dopytuję :) Bądźmy dobrej myśli :)
Jutro kolokwium. Informatyka. OO Writer i Calc. Nie wiem jak to wyjdzie, mam nadzieję, że dobrze :) Zresztą nie spodziewam się czegoś tragicznego :)
Tworzona od wczoraj strona internetowa nareszcie działa jak powinna pod IE. Co było winą? Najprawdopodobniej jakieś nieprawidłowe "białe znaki" w arkuszu CSS. Cholera, trzy godziny roboty.
Mam co czytać. A.Sapkowski, "Boży bojownicy". Zapomniałem, jaka to świetna ksiażka. Szkoda, że pierwszej części tego ("Narrenturm") nie czytałem. Chyba będzie też część trzecia, może nawet już jest? Naszło mnie też, aby "Wiedźmina" jeszcze raz przeczytać.
Nie jest źle.