Ruchy
Miałem dzisiaj okazję przez kilkanaście minut i kilka gierek pobawić się słynnym kontrolerem Kinect od Microsoftu.
Zabawa jest przednia, naprawdę. Dziwne ruchy, podskoki, przysiady. Zmęczyć się też można. Sterowanie interfejsem jest dość nienaturalne i nie mogłem go za dobrze opanować, pewnie przyzwyczaja się do tego dopiero po dłuższym czasie zabawy z urządzeniem.
Kinect Adventures, gra dostępna w pakiecie z kontrolerem, jest przyjemna. Nasze prawie, że komiksowe ludziki wiernie odwzorowują ruchy, opóźnienie w trakcie grania jest ledwo zauważalne (tylko przy bardzo dynamicznych próbach odbicia szybko lecącej wirtualnej piłki dawało się to odczuć). Co oferują przygody z Kinectem? Jakieś latające piłki odbijane wszystkimi częściami ciała, kosmiczne bąbelki, w które nie grałem akurat, zbieranie punktów przy ruchu jakiejś takiej dziwnej platformy, mój zdecydowany faworyt pod względem nazwy, "20 tysięcy przecieków" polegający na zatykaniu dziur w podwodnej kabinie, no i słynny już ponton sprzeczny z prawami fizyki.
Po ukończonym etapie gry zazwyczaj prezentowane są zdjęcia uczestników w najrozmaitszych dziwnych pozach okraszonych podpisami stylizowanymi na osiągnięcia ("równoczesny unik", "podwójny wyskok" itp.), które to są dodatkowymi powodami do śmiechu.
Wada? Naprawdę głupio się wygląda. Ale trochę dystansu do siebie i zabawa jest przednia. Śmiechu co niemiara, u zarówno uczestników, jak i biernych obserwatorów.
Zdjęcia, które system zachowuje, podobno można potem wysyłać na Fejsbuka (bo to modne teraz jest). Mam nadzieję, że się tam nie znajdą, wszyscy wyglądaliśmy komicznie próbując wykonać zadania ;-)
Spróbowaliśmy też Joy Ride, zabawkowych wyścigów z trzymaniem wyimaginowanej kierownicy. Ukończyłem tor ostatni, nie umiejąc w ogóle opanować sterowania samochodem. Ale może to tylko kwestia, że i nastawiony do tej gry byłem dość negatywnie?
Super zabawa. Wygląda dziwnie, wygląda się dziwnie, ale gra się bardzo przyjemnie. Oczywiście, po paru tygodniach może się już znudzić, ale dla każdego nowego człowieka jest świetną zabawką.
TiVi
Nie jestem jednym z tych, którzy głoszą wszem i wobec, że wyrzucili telewizor. Bo telewizja kłamie, bo mają więcej czasu na książki, bo rozwijają hobby. Nie, lubię telewizję. Nie jest ona obecnie - wbrew twierdzeniom niektórych - całkowitym śmietnikiem. Jest to raczej "śmietnik usiany gdzieniegdzie perłami". Raz na jakiś czas znajdzie się jakiś interesujący program czy film.
Czasem oglądam jakiś "megahit" na Polsacie czy innym TVN-ie, pomstując na reklamy, ich jakość i głośność. Często przed snem oglądam interesujące programy na Discovery (mimo iż jest gorzej niż kilka lat temu) lub National Geographic. Zazwyczaj na tych najbardziej interesujących programach zasypiam, na nudnych nigdy mi się to nie udaje.
Idealną sytuacją dla mnie byłoby, gdyby jakiś operator telewizji udostępnił mi możliwość własnoręcznego skompletowania pakietu kanałów. Wiążę tutaj swoje nieśmiałe nadzieje z IPTV, IPv6 i multicastem, ale z uwagi na nikły sens biznesowy takiego posunięcia - wątpię, by takie coś powstało. Dziś mogę już wybrać sobie co nieco kanałów... ale muszę wybierać pakietami. I oczywiście te najbardziej mnie interesujące programy są w najdroższych pakietach, bo jakżeby inaczej.
Moje marzenia sięgają jednak dalej, do kwestii dość spornych w dzisiejszym świecie opanowanym przez "piractwo intelektualne". Chciałbym oglądać moją telewizję przyszłości, te kilkanaście wybranych kanałów, w jak najlepszej jakości oczywiście (HD, a jak!), ale... nie podobają mi się koncepcje dekoderów wszelkiej maści. Przynajmniej w obecnej technologii.
Odbieram obecnie sygnał z sieci telewizji kablowej. Gdzieś tam do budynku jakimiś kablami lecą sobie wszystkie możliwe kanały. Do mieszkania przychodzą, przechodzą przez trójnik i lądują na dwóch telewizorach i jednej karcie tunera TV w komputerze. Jeszcze gdzieś tam siedzi sobie podłączony magnetowid. A ja mogę, bez problemów, obejrzeć na każdym urządzeniu zupełnie inny program. A także go nagrać sobie i odtworzyć ponownie, kiedyś.
Żadne z tych urządzeń nie ma żadnego dekodera. Każde radzi sobie samo z dostrojeniem się do odpowiedniego kanału. Technologia prymitywna, telewizory sprzed epoki "HD ready" (a jeden to nawet sprzed epoki LCD), magnetowid w ogóle pamiętający przełączenie pomiędzy SECAM i PAL. No, chociaż tuner TV w komputerze dostosowany do DVB-T.
W dzisiejszym świecie jednak musiałbym mieć oddzielny dekoder i oddzielną kartę abonencką dla każdego sprzętu. Są rozwiązania typu multiroom - dla dwóch telewizorów. Mało. Problemem jednak, który mnie głównie martwi, jest fakt, że to dekoder musi zajmować się zmianą kanałów. Co za tym idzie - mam kolejnego pilota. Jednym zmieniam kanały, drugim steruję telewizorem. Nie wspominając już o tym, że niektóre dekodery - np. ten u mojego dziadka - są potwornie brzydkie. A muszą stać na wierzchu, by sygnał IR pilota mógł do niego dotrzeć.
Oczywiście - zaraz ktoś może zauważyć, że istnieją dekodery z wbudowanym nagrywaniem, co likwiduje mój prehistoryczny magnetowid. Dziękuję! Ale nie likwiduje mi to mojej karty telewizyjnej. Lubię ją. Nagrywam na niej czasami to i owo. Windows Media Center automatycznie nagrywa całe serie programów, zapisuje, a także po pewnym czasie archiwizuje na domowym serwerze. Ja wiem że teraz i dekodery można podłączyć do domowej sieci, montowania gniazdka Ethernetu w każdym urządzeniu to już norma (tuż obok Wi-Fi wszechobecnego), ale czy będzie to tak samo wygodne? Czy mogę nagrany przed chwilą program obejrzeć na dowolnym komputerze, lub na telewizorze poprzez komputer? Może być problematyczne, choć nie zdziwiłoby mnie, gdyby już początki takiej technologii istniały. Wkracza jednak piractwo, znów. Jestem prawie pewien, że już istnieją, lub, że zostaną wprowadzone szybko, mechanizmy uniemożliwiające nagrywanie określonych programów. Bo sobie nadawca nie życzy, aby jego wspaniały klip pojawił się wkrótce gdzieś na YouTube. Ale można to też łatwiej zapewnić, wystarczy jakiś własnościowy format zapisu filmów przez nasz cudowny dekoder z mechanizmem PVR.
Rozwiązaniem byłoby wbudowanie dekoderów do telewizorów i kart telewizyjnych. Miejsce na kartę abonencką, deszyfrowanie, odbieranie od razu w telewizorze czy komputerze. Jedno urządzenie, wszystko zintegrowane. A może takie mechanizmy już są?
To jednak wymagałoby wielu kart abonenckich. Operator pewnie słono by sobie za każdą policzył i wprowadził dodatkowe utrudnienia, by nie "piracić" sygnału. Zatem może rozwiązaniem jest... jeden dekoder?
Wyobrażam sobie, że w przyszłości mogłoby powstać małe pudełko. Z jednej strony miałoby wejście na kabel z sygnałem operatora. Albo może nawet więcej niż jeden. I wejście na kartę dokonującą deszyfrowania sygnału. Z drugiej strony - niech ma gniazdko sieciowe, jakieś złącza cyfrowe i zwykłe złącze analogowe. Gniazdko sieciowe niech działa w sposób podobny jak oglądany przeze mnie jakiś czas temu HDHomeRun - specjalny sterownik udaje kartę telewizyjną w systemie, ale sygnał do tej wirtualnej karty leci po naszej sieci domowej. Złącza cyfrowe zapewniałyby wysoką jakość obrazu i możliwość sterowania - zmianę oglądanego kanału na przykład. Złącze analogowe, udające zwykłą antenę od operatora, musiałoby wysyłać wszystkie kanały jednocześnie - a stare telewizory niech się do tego dostroją "po staremu", jak do zwykłego kabla.
To jednak nie powstanie jak się zastanowić. Nie wiem jak dokładnie działają współczesne sieci telewizyjne, ale urządzenie odbierające setki kanałów, dekodujące je i wpuszczające w kanał analogowy? To wymaga trochę mocy obliczeniowej, a możliwe, że obecnie jest niezbyt wykonalne technicznie. Albo może zawsze będzie, bo różne cuda z szyfrowaniem kanałów mogą sobie operatorzy wymyślić.
Moje wymarzone pudełko miałoby jeszcze kilka jakiś specjalnych wyjść cyfrowych, by nowe telewizory mogły sobie same zmieniać kanały i dostawać sygnał wyższej jakości. Nie wiem czy to możliwe, prawdopodobnie sygnał zwrotny od telewizora wymagałby jakiś modyfikacji interfejsu HDMI.
Nie powstanie nic takiego z powodu, który jest wspomniany wyżej - kanał analogowy. Wirtualna karta telewizyjna w komputerze generuje bądź co bądź sygnał analogowy. Taki można łatwo sobie przechwycić, nagrać, udostępnić, a nawet rozsiać w świat. Analogicznie ów złącze kompatybilności nie będzie miało prawa istnieć już wkrótce. W końcu HDCP, Protected Video Path, DRM i tym podobne wynalazki nie śpią. Dziura analogowa jest zbyt łatwym sposobem ominięcia wszelkich "zabezpieczeń".
Boję się w takim razie jak będzie wyglądać w przyszłości moja biedna, analogowa, telewizja. Czy za kilka lat już się mój operator do mnie zwróci, bym zakupił niepotrzebny mi dekoder, albo dwa, bo stary system ulegnie wyłączeniu? Będę musiał pożegnać się ze swobodą odbioru i zostanę zmuszony do zarejestrowania każdego odbiornika, by można było mi policzyć odpowiednio zawyżony abonament?
A potem tylko krok do tego, by taki dekoder wysyłał w świat informację, że przełączyłem kanał gdy były na nim reklamy i dostanę fakturę za straty jakie przeze mnie odniósł dostawca treści.
e-mpik
Pamiętacie eClicto? Pierwszy polski czytnik elektronicznych książek, do tego księgarnia i program zarządzający. 6" ekran e-ink, 512 MB wbudowanej pamięci. 899 zł. Choć od dzisiaj do niedzieli na targach w Krakowie można kupić za 399 zł. Ceny książek zróżnicowane, dochodzą do 30 zł, ale są i tańsze. Ale przeznaczone do czytania w ich czytniku komputerowym i urządzeniu.
Empik zrobił sobie czytnik e-książek. 595 zł, w promocji aktualnie, przeceniony z 649 zł. 6" (dotykowy) ekran typu e-ink, 2 GB pamięci, Wi-Fi i cośtam jeszcze. Połączenie ze sklepem empiku, gdzie są e-booki w cenie 30 zł i więcej, spora część "chroniona" za pomocą Adobe Digital Editions.
Czytnik empiku, OYO, jest do kupienia u naszych sąsiadów z Zachodu, w firmie Thalia. Za 139€ czyli troszkę taniej niż w Polsce. Ceny książek od ułamków (Manifest Komunistyczny - 0,79€) do 20, 30, i więcej euro (ostatnia część "Zmierzchu" - 20€). Ale zwykle ePUB.
Mam wrażenie, że Kindle ($139 w wersji z samym Wi-Fi, $189 za wersję z darmowym 3G na świecie) nadal jest najciekawszym zakupem. Ale za jakiś czas może będzie coraz lepiej, już przeskok z 900 zł za czytnik do 650 jest dość wyraźny. Parę lat, parę czytników i będzie dość tanio.
Szkoda tylko, że te książki nadal są dość drogie. Czyżby koszt druku nie miał tak wielkiego wpływu na cenę? No cóż, zostaje mi dalej iść do księgarni i kupić papierową książkę.
Przynajmniej nie będzie dużego problemu jak wpadnie do wanny.