CERN
Internetowa transmisja na żywo przez eksperymentów z CERN? A po co? Gdy czarna dziura zacznie pochłaniać świat z pewnością zobaczę to za oknem...
Linksys WRT160N (i 320N)
Od stycznia zeszłego roku korzystałem w mojej domowej sieci z routera Wi-Fi Linksys WRT160N. Kupiony został "na wyrost", wyposażony w obsługę standardu 802.11n, standardu, którego nie obsługuje żadne inne urządzenie u mnie w domu. Kilka dni temu, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, zastąpiłem go nowszym nieco Linksysem WRT320N, który wygrałem w konkursie portalu OSNews.pl.
Jak sprawował się mój poprzedni router? Działał idealnie tak, jak wymagam tego od urządzeń tego typu - niezauważalnie. Po pierwszej konfiguracji zmieniane były tylko co najwyżej jakieś przekierowania portów (gdy nowy komputer się w domu pojawił, a stary zniknął), a poza tym nie dotykałem konfiguracji przez długie miesiące. Przez długie miesiące działał non-stop, bez jakiejkolwiek przerwy, dniami i nocami.
W ciągu całego roku pracy dwa razy zdarzyła się dziwna sytuacja, że komputer nie chciał uzyskać adresu z serwera DHCP. Wyłączenie routera od prądu i włączenie go na nowo załatwiło sprawę.
Mój router stoi na podłodze, w kącie jednego z pokojów. Sygnał radiowy ma do pokonania dwie ściany (jedna bardzo zbrojona) zanim dojdzie do mojego pokoju, gdzie są urządzenia z łącznością bezprzewodową. Zazwyczaj już sygnał jest określany przez Windows jako "niski" (ale to nie zawsze, naprawdę zależy od położenia laptopa), ale transfery są stabilne i bezproblemowe.
Szybkość? Nie mam żadnego innego urządzenia z "n", stąd mogłem co najwyżej oglądać te teoretyczne 54 megabity w "g". Teoretyczne, bo powyżej 30 to chyba nigdy nie widziałem. Transfer przez sieć przewodową, FastEthernet, wysycał łącze całkowicie, żadnych strat i spowolnień (w rodzaju tego, co potrafiła moja poprzednia karta sieciowa wyrabiać) nie uświadczyłem. Ale kiedyś stwierdziłem, że gdybym stawiał serwer domowy lub NAS to FastEthernet mógłby być zbyt wolny jak na to, co bym chciał.
Wygrana w konkursie OSNews, której się absolutnie nie spodziewałem, przyniosła mi Linksysa WRT320N. Dwa razy większy numerek w nazwie symbolizuje poważną przemianę wewnętrzną. Bo z zewnątrz to urządzenia są praktycznie identyczne.
Z wnętrza pojawia się gigabitowy interfejs sieciowy, i oznaczająca go zielona diodka, zamiast niebieskiej (a właśnie: niebieskie diody Linksysa naprawdę dają po oczach). Oraz możliwość używania pasma 5 GHz, czego znów nie mogę zobaczyć w akcji. Poza tym jest praktycznie identyczny, po wstępnej konfiguracji (dokładnie tak samo jak poprzednika, całkowicie ręcznie, bez żadnych kreatorów) jak dotąd równie świetnie się sprawuje, doskonale zapewniając łączność i w bardzo podobny sposób pokrycie (choć mam wrażenie, że jest ciut lepiej, ale może mi się wydaje).
Czy miałem jakieś problemy? Oprócz wspomnianego "zgubienia" DHCP jakieś dwa razy WRT160N był twardy jak skała. Problem jaki pamiętam pojawił się raz, gdy próbowałem skonfigurować VPN do domowej sieci - wyglądało na to, że albo mój router albo router operatora nie przepuszcza pewnych pakietów. Mimo, iż miał VPN pass-through ustawione. Znalazłem gdzieś w sieci info, że to może być wina firmware routera. Jedna rzecz mnie tylko zawiodła - akurat moja wersja WRT160N to "słynna" wersja v2, do której nie istnieje na daną chwilę (i pewnie już nie zaistnieje) możliwość instalacji alternatywnego firmware w rodzaju OpenWRT czy DD-WRT. Stąd, mimo iż chciałem mieć skomplikowany sprzęt do testów i zabaw, to z tego nici. Ale da się wgrać do WRT320N, więc może się pokuszę...
A teraz jest śmiesznie. Mam w domu 5 urządzeń pracujących w standardzie 802.11b lub g i żadnego w "n". Mam jeden komputer z gigabitowym interfejsem sieciowym i też nie mam z czym (oprócz routera) go skomunikować z taką szybkością. Zabawne.
A jeszcze bardziej zabawny jest fakt, że zgubiłem mój jeszcze starszy router, D-Linka DI-604. Przeszukałem wszystkie graty komputerowe i nie mam zielonego pojęcia gdzie on może być...
Praca po apokalipsie
"Kto ma największe szanse przetrwać zagładę świata?" zapytał Discovery Channel 1002 Polaków, a Gazeta Wyborcza umieściła to w dziale "Gazeta Praca".
Polacy najczęściej wyobrażają sobie przetrwanie po globalnej katastrofie u boku lekarza (47%) i tzw. "złotej rączki" (45%). Są to dwa zawody, które zdaniem badanych, byłyby najbardziej przydatne w sytuacji odcięcia od cywilizacji. Natomiast 17% respondentów uważa, że najbardziej przydatny byłby zawód budowlańca, 13% chciałoby się w takiej sytuacji znaleźć z pielęgniarką, 7% z inżynierem mechanikiem, a 6% z informatykiem. Tylko dwóch na stu (2%) badanych wymienia biologa morskiego, natomiast tylko jedna osoba na sto (1%) uważa, że najbardziej przydatny w sytuacji kryzysowej byłby inżynier lotnictwa, instruktor samoobrony i operator maszyn.
W sytuacji globalnej katastrofy owszem, lekarz wydaje się całkiem niezłym pomysłem. Gorzej, że lekarz obecny, pozbawiony dobrodziejstw medycyny, pozbawiony EKG, PET, białej tablicy i mazaka mógłby mieć problemy. Złota rączka? To już ciekawsze.
Bardzo cieszy mnie fakt, że aż 6% respondentów chciało by zostać u boku informatyka, ale ja osobiście nie chciałbym zostać ze sobą w sytuacji końca cywilizacji. Cóż takiego może zrobić informatyk (niezależnie od specjalności), gdy - dajmy na to - nie mamy prądu, komunikacji, wody, jedzenia, a budynki leżą w gruzach? Nie wiem, może liczą na to, że zbuduje robota albo jakoś się z kimś skomunikuje. Bo patrząc na to, jak tworzy się programy, to ja bym się bał zamieszkać w schronieniu zbudowanym przez informatyków ;-)
Biolog morski? Nie potrafię sobie wymyślić "zastosowania" dla niego w pierwszej fazie odbudowy cywilizacji. No, chyba, że wie, co możemy z morza zjeść, ale i tak będziemy potrzebowali łodzi najpierw.
Przyznam, że w zależności od rodzaju katastrofy niszczącej świat zapotrzebowanie może być różne. Gdy "tylko" upadnie cywilizacja techniczna (globalny impuls elektromagnetyczny?) jest nieco lepiej niż w sytuacji, gdy asteroida Apophis uderza w Pacyfik. Ogólnie w sytuacji jednak załamania się obecnej struktury społecznej mam wrażenie, że największe szanse na przeżycie mają osoby, które nie żyją zgodnie z zasadami: przestępcy. Zwłaszcza tacy, którzy umieją się posługiwać bronią. O, właśnie, z kimś kto umie walczyć warto też być na wypadek np. ataku zombie. Gdzieś w komentarzach do tego artykułu to było wspomniane. Wspomniano też, że najlepiej by chyba było z rolnikiem - ale to też zależy. Gdy pył w atmosferze powoduje nam nuklearną zimę i rośliny nie rosną z braku światła, to i najlepszy rolnik nie pomoże.
Chyba najlepsza była by dowolna osoba, która ma szeroką wiedzę i umiejętności. Nawet podstawowe, ale rozległe. Czytaj: złapie psa w sidła, oprawi go, upiecze, naprawi lampę naftową i otworzy zamknięte drzwi zrujnowanego budynku.
A propos apokalipsy i informatyków to skojarzył mi się cytat z "Afterworld":
Sprzedawałem ludziom elektronikę. Kiedy jeszcze istniała.
I wiecie co? Bez urazy - ale nie chciałbym utknąć z prawnikiem czy ekonomistą.
Podsumowując Windows Phone 7 jak na razie
Byłem podekscytowany. Bardzo. A teraz mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony naprawdę spora część tych rzeczy mi się podoba. Z drugiej - jest sporo rzeczy, które mi się nie podobają. Już nie chodzi mi o te instalowanie aplikacji spoza Marketplace. Bez tego da się żyć bez problemu. Potem robi się już coraz gorzej.
Wyrzucili ActiveSync, telefon synchronizuje się z Zune Software. Ok, fajnie, lubię Zune, używam na co dzień. Ma być zrealizowane tak, że wracam do domu, podłączam telefon do ładowania, a on się sam łączy z domową siecią Wi-Fi i synchronizuje. Zune, odtwarzacz, ma tak obecnie. Całkiem fajna opcja. Ale co z moim Outlookiem? Hej, nie mam Exchange, nie chcę synchronizować się po chmurach - chcę podłączyć telefon i synchronizować. Ciekawe czy się będzie dało.
Tego braku wielozadaniowości trudno mi będzie wybaczyć. Zobaczymy oczywiście co tam jeszcze programiści Microsoftu wymyślą, ale na razie słyszałem o specjalnym API powiadomień oraz np. transferu muzyki. Więc wielozadaniowości nie ma, a mimo to muzyka z programów zewnętrznych może grać jak robię coś innego. A co z komunikatorami? A co z aktualizacją pozycji? A co...
Jednak kolejny pomysł spowodował, że krzyknąłem gromkie "SAY WHAT?!". Pozbycie się kart pamięci? POZBYCIE SIĘ KART PAMIĘCI? Czy oni powariowali? Zidiocieli? Co to, jesteśmy zbyt głupi, by kupić sobie kartę i ją włożyć? Ja nie chcę być zdany tylko na te nędzne kilka gigabajtów, jakie dostaniemy w środku telefonu! A potem zrobiło się jeszcze ciekawiej - brak dostępu do "wnętrzności" systemu plików. Nici z podłączenia telefonu jako pendrive? Nici z przenoszenia plików? Pewnie zaraz jeszcze przyjdą i powiedzą, że jak chcę przeczytać dokument Worda to go muszę sobie e-mailem wysłać. A nie, teraz modne będzie inaczej - będę go sobie musiał wgrać na SkyDrive. Jakby przejście przez pół świata było lepsze niż moja szybka domowa sieć.
Poczułem się trochę jakby to nie było Las Vegas, a Cupertino. Microsoft uruchomił swoje kserokopiarki, szkoda, że nie skopiował w tych miejscach, w których powinien, a powiela dziwnie idiotyczne pomysły ograniczające. A nie, przepraszam, jest jedna różnica już na starcie w stosunku do firmy z jabłkiem: "MMS are cool!". Szkoda, że akurat mnie to niezbyt obchodzi.
Jedna zaleta, bardzo duża zaleta. Programuje się fajnie (C# + Silverlight). A Visual Studio 2010 Express for Windows Phone będzie za darmo.
Windows Phone poszedł w stronę iPhone, a Android idzie w stronę Windows Mobile. Śmieszny jest ten świat czasami.
Ile na darmowych programach można zarobić
Nie raz już widziałem, że na hasło "openoffice" czy inny "messenger" w najpopularniejszej wyszukiwarce wśród linków sponsorowanych znajduje się odnośnik do jakiejś strony, z której to taki program można pobrać. Problem pojawia się wtedy, gdy klikamy na taki pobrany instalator, który raczy nas informacją, że aby zainstalować należy wysłać SMS-a pod wysoko płatny numer.
Dzisiaj wchodząc na pewną stronę zauważyłem reklamę kontekstową. Poszedłem za linkiem w niej umieszczonym trafiając na nieudolnie przetłumaczoną na polski witrynę na której mogłem pobrać sobie Windows Live Messenger. Absolutnie za darmo.
Wypakowanie archiwum jakim był instalator ujawniło piękny ekran z komunikatem informującym, że należy wysłać SMS-a pod podany numer, by uzyskać kod umożliwiający instalację. Spodziewałem się tego.
Ale nie spodziewałem się, że takie ekrany będą cztery i każdy SMS kosztuje 25 zł.
A w ogóle w archiwum instalacyjnym nie ma nawet śladu tegoż Live Messengera, za to jest jakiś toolbar do Firefoksa się dodający.
Courier od Microsoftu
Korporacja z krainy Redmond1 ma ostatnio, dziwnym trafem, niezłą, pozytywną passę. Zbiera pozytywne opinie swoich nowych produktów - i to zarówno od dziennikarzy, jak i od zwykłych użytkowników. Począwszy od Windows 7, przez ZuneHD, projekt Natal (no Xbox w Polsce to akurat ostatnio nie zebrał pochwał w sprawie LIVE), aż do nowych projektów, które są albo tylko prototypami, albo wręcz tylko pewnymi zajawkami: Windows Phone 7 oraz Courier, o którym chciałem powiedzieć.
Naprawdę, dawno nie widziałem takiej ilości pozytywnych komentarzy odnośnie czegokolwiek - a zwłaszcza produktów Microsoftu. Courier dziś znów stał się gwiazdą medialną i też zobaczyłem setki komentarzy w rodzaju "chcę to mieć, już!". Czym jest Courier? Zgodnie z aktualną modą w urządzeniach przenośnych jest tabletem. Ale niezwykłym.
Źródło: engadget.com
Courier jest dwuekranowym notatnikiem, który obsługuje na swoich ekranach zarówno piórko, jak i palce (wielodotykowo oczywiście). Według Engadgeta ma mieć wymiary w okolicach 18x13x2,5 cm (po złożeniu) i wagę w okolicach 0,5 kg. Jak na notatnik z dwoma ekranami zapowiada się ciekawie. Do tego aparat fotograficzny gdzieś z tyłu oraz gniazdo słuchawek w postaci standardowego jacka. No i zapewne Wi-Fi, a może i jakaś łączność 3G.
Courier pojawił się na językach w okolicach września ubiegłego roku gdy pojawiły się dwa filmiki prezentujące w jaki sposób miałby wyglądać interfejs użytkownika urządzenia. Od razu wzbudziły bardzo pozytywny odzew. Sterowanie za pomocą gestów palców oraz pisanie piórkiem. Ładnie opakowany interfejs, bogaty graficznie, a jednocześnie prosty. Coś idealnego do szybkich notatek, wiele notatników naraz, plan zajęć, lista kontaktów i przeglądarka internetowa od razu?
Takie rozwinięcie koncepcji Tablet PC. I jednocześnie jej zwężenie. To już nie jest PC. Engadget napisał, że można spodziewać się systemu Windows CE 6.0, będącego podstawą dla systemu operacyjnego odtwarzacza ZuneHD oraz jednocześnie będącego podstawą Windows Phone 7 Series. Czyli nie będzie "dużych" Windows. Ma to swoje zalety (energooszczędność, dostosowanie do robienia tego, co trzeba, brak wirusów i problemów charakterystycznych dla "zwykłych" komputerów) oraz oczywiście wady (głównie - brak oprogramowania). Choć akurat brak oprogramowania da się przeżyć - jeżeli to ma być faktycznie tylko notatnik, to po cóż nam coś więcej? Oprogramowanie tworzone jest przez ludzi odpowiedzialnych za m.in. InkSeine i OneNote - dodając do tego pokazywany na filmikach "user experience" zapowiada się naprawdę świetnie.
Od czego może zależeć sukces Couriera? Od tego, jak będą sprawowały się ekrany (czy to będzie LCD, czy OLED, czy e-Ink?). Od tego, czy oprogramowanie będzie naprawdę tak dobre. Od tego, czy baterie będą pozwalały na pracę w terenie. I - nie wolno zapominać, że to "tylko" gadżet - jaka będzie cena. (tak naprawdę dla mnie liczy się jeszcze kilka innych rzeczy, m.in. czy będzie rozpoznawanie pisma w naszym języku) Martwi też fakt, że może się okazać, że to wszystko w ogóle nie istnieje - albo, że pojawi się na rynku za bardzo długi czas - mimo iż w tekście linkowanym wyżej wspomina się o trzecim lub czwartym kwartale tego roku, to ja widziałem opinie, że mógłby się pojawić dopiero w połowie 2011 roku.
I felt a great disturbance in the Force, as if millions of iPad fanboys suddenly cried out in terror and were suddenly silenced.
Jeszcze jedna drobna uwaga na koniec: Microsoft zmienił trochę swoje podejście do innych urządzeń niż komputery - nie próbuje już ich przymuszać do tego, by się komputerami stały. Teraz raczej robi tak, by z komputerami współpracowały, ale sposób interakcji z nimi był inny - do ich specyfiki dostosowany. Tak możemy pożegnać zarówno Tablet PC, jak i Pocket PC. I to chyba dobrze.
1 In the land of Redmond, where the shadows lie.